2014-01-30

Bolesne autentyki 2

Jako mały berbeć wręcz uwielbiałem włazić na bramę i siedzieć tam jak król na tronie. Rzecz miała miejsce latem w okresie żniw. Mój najukochańszy dziadzik (dziadek) nie informując mnie zdjął bramę z zawiasów... Jak już powiedziałem nic mi o tym nie było wiadomo... Do czasu... Tatuś zatrzymał się naszym cudownym autkiem (rok 1990 czyli porshe 126p) a ja swoim cudownym nawykiem wlazłem na tą bramę...
Efekt? Ani jednej szyby z lewej strony samochodu + rozdarte drzwi + uraz do wszelkiego rodzaju bram do końca życia.

Kiedyś będąc już dużym dorosłym mężczyzną w wieku ok 10 lat przechodziłem fazę zabaw z ogniem. Moja ulubiona polegała na wzięciu spirytusu salicylowego lub Acnosanu wylanie trochę na palec i podpaleniu. płomień był mały i nie parzył bo płonęła tylko powierzchnia spirytu. Pewnego jednak razu wylało mi się trochę więcej niż te przepisowe kilka kropel. Polało mi się po całej dłoni, a ja tego nie poczułem, bo wiadomo zimne to i szybko paruje. Jakież było moje zdziwienie gdy po podpaleniu uczyniłem z ręki pochodnię. Musiałem ratować się włożeniem ręki do kibelka. Do dziś mam mało widoczne blizny.

W wieku ok. 10 lat miałem elektro-quiz*, który pewnego dnia przestał działać - żarówka przestała świecić. Oczywiście pierwsze co zrobiłem to wymieniłem baterię ale nie przyniosło to żadnego skutku. Skoro nie bateria to pozostaje żarówka. Chciałem sprawdzić czy faktycznie się spaliła, a była taka matowa i nie było widać co jest w środku. Na oko wtyki idealnie pasowały do gniazdka więc oczywiście uznałem to za jedyny słuszny sposób sprawdzenia żarówki. Pierdolnęło nieźle - huk jak nie wiem co i oczywiście wybite korki. Ja przestraszony szybko do łóżka, a było ono tuż obok gniazdka. Rodzice przestraszeni wparowali do pokoju, widzą quiz obok gniazdka (nie pamiętam czy był osmolony)
- Andrzej, żyjesz??
Ja twardo udaje że śpię, nie myślałem wtedy o tym że to faktycznie wyglądało jakbym się pożegnał ze światem. Dopiero po kilku wezwaniach i szarpnięciach z zaspaną miną "obudziłem się". Rodzice odetchnęli. Obyło się bez wpierdolu, ale do dziś od czasu do czasu mówią na mnie Edison.

* dla tych co nie wiedzą: było to umieszczone w kartonowym pudełku jak zwykła gra planszowa, znajdowała się tam żarówka, bateria dwa przewody oraz plansze, np państwa i stolice. Gdy połączyło się przewodami odpowienią parę państwo + jego stolica obwód się zamykał i żarówka świeciła. Ogólnie fajna zabawka, jednak tylko do czasu odkrycia, że wszystkie plansze mają umieszczone pary w tym samym miejscu, zmieniał się tylko ich opis.

Na parapecie na parterze (z nogami zwisającymi na zewnątrz) siedział sobie jeden kolega. Drugi, jajcarz, podszedł po cichu i zrobił "Booo!" Siedzący na oknie nagle zniknął nam z widoku. Wrócił po kilku minutach z grymasem bólu. "Chyba złamałem". Złamał. Obie ręce.

We wczesnej młodości miałem w swoim pokoju lóżko ustawione przy ścianie. Zawsze śpię na boku, tak było i wtedy. Śniło mi się kiedyś, że grałem w piłkę na w-fie. Sen był tak realistyczny, że z całej pary kopnąłem nogą w ścianę. Obudziłem się błyskawicznie. Skończyło się tylko, albo aż na dwóch palcach wybitych. A rodzina i znajomi mieli długo polewkę...

Mając chyba jakieś dziesięć lat po prostu uwielbiałam się huśtać. Pewnego zimowego dnia wybiegłam w tym celu do ogrodu chyba na godzinę przed bajką. Bujałam się, bujałam aż w końcu trochę mi się to znudziło. Aby poczuć te fajne motylki w brzuchu odchyliłam się i... dalej nic nie pamiętam, obudziłam się na kanapie w domu z okropnym bólem głowy. Okazało się że linka się zerwała a ja z całej siły walnęłam głową w zamarzniętą ziemię. Wstrząs mózgu był lekki ale najciekawsze jest to, że przez 20 minut nic nie pamiętam zdążyłam przyjść do domu, rozebrać się i oberwać w tyłek bo niewiadomo czemu strasznie płakałam. Świadomość dzięki bogu wróciła mi na moją ulubioną bajkę.

Pamiętam, że zawsze około grudnia był odpust w kościele na którym to jako dzieciaki kupowaliśmy petardy. Po kilkunastu minutach wymyśliliśmy aby petardę wrzucić do studzienki kanalizacyjnej - tak też się stało. Kilka sekund i jak pierdykło, to pokrywa studzienki wyleciała na wysokość ok. 1,5m. Od tamtej pory nie powtarzaliśmy tego. (Wylot klapy na taką wysokość był zapewne spowodowany tym że w studzience gromadzą się czasem gazy - czego jako młodzi ludzie nie wiedzieliśmy)

Ja czasem wpadałem na jakiś tak genialny jak i równie głupi pomysł, jednym z nich było sprzeciwianie się sąsiadom. Braliśmy sznurek którym łączyliśmy klamkę i poręcz blokowaliśmy dzwonek zapałką i siedzieliśmy na schodach piętro wyżej słuchając wyzwisk i szarpania drzwi które nie chciały się otworzyć. Przyznaję śmiechu było pełno, ale mądre to nie było.

Był piękny majowy dzień kiedy posprzeczałem się z moim kuzynem (ja miałem 10 lat, a one jest o 2 lata młodszy). Stał on sobie na pace krążownika polskich szos - Żuka. Leżał też tam klucz (płaska 12). Kiedy już ochłonęliśmy on z nerwów (dostał nieźle wpierdol) wziął klucz i rzucił we mnie - na szczęście nie trafił. Kiedy ja przejąłem pałeczkę, a on rozpoczął ewakuację dostał prosto w czoło. Zrobił piękny przerzut bokiem i wylądował na plecach. Jak zaczął płakać mnie tam już nie było. Uciekłem do mamy do pracy i powiedziałem, że (było dużo krwi) zabiłem młodego

Gdzieś w trzeciej klasie podstawówki razem z sąsiadem mięliśmy zmartwienie, był to koniec zimy, a dzień wcześniej ulepiliśmy wielkiego bałwana i zauważyliśmy, że nasz kolega maleje w oczach. Postanowiliśmy działać, przenieśliśmy bałwana do sąsiada. Tam w pokoiku znalazł miejsce w kąciku obok klocków lego. Pamiętam, że męczyliśmy się z przeniesieniem dosyć długo bo był ciężki, a pierwsze piętro to było strasznie wysoko.
Po przeniesieniu poszliśmy pocieszyć się ostatni raz łyżwami. Jak wróciliśmy po kilku godzinach w pokoju pływało, drewniana podłoga zrobiła się jakaś wypukła, a z bałwana zostały guziki i marchewka. Od razu wpadło nam do głowy, że zjebka będzie, więc nie myśląc długo wybraliśmy szufelkami wodę, a w miejsca gdzie podłoga niebezpiecznie zbliżała się do sufitu skierowaliśmy podmuch farelka. Ekstra sprawa później porozwalaliśmy zabawki i gazety tak, że zakrywały podłogę. Podejrzewam, że nikt by się nie skapnął, że narozrabialiśmy gdybyśmy nie zalali sąsiadki. Kumpel dostał po dupie, mi się jakoś upiekło.

Miauuuuu! 94