2014-02-18

Bolesne autentyki 3

Jako siedmioletni gówniarz często wykradałem mojemu starszemu o 4 lata bratu motorynkę. Miałem jako takie pojęcie o jeździe na tym. Kiedyś poszliśmy do kumpla - mojego rówieśnika i ku mojemu zadowoleniu zauważyłem u niego w garażu ścigacza o dużej pojemności, którego przetrzymywał tam znajomy jego ojca. Udało mi się namówić kumpla na wystawienie go z garażu. Nieźle się namęczyliśmy. Ale gdy się w końcu udało postawić go na nóżki zauważyłem, że w stacyjce jest kluczyk. Przekręciłem i starałem się znaleźć nóżkę do odpalania, ale takowej nie było, wiec usiadłem na niego i wciskałem co popadło. Nagle zauważyłem przycisk start, który nie mógł oznaczać nic innego. Gdy motocykl zapalił poprosiłem kumpla żeby mnie popchnął - nie dosięgałem ziemi nogami.
Jak się okazało jedynka wchodziła tak samo jak w motorynce, tylko przyspieszenie było inne i ciężko było z balansem... Przejechałem jakieś 100m na pełnym gazie, coraz bardziej zbliżając się do ziemi. Później już tylko 2 tygodnie w szpitalu na wyciągu i wpierdol jak wyzdrowiałem.


Przygoda ta wydarzyła się mojej kumpeli, nie takiej już smarkatej bo miała wtedy 13 lat, działo się to z 2 lata temu. Mianowicie dorwałem ją kiedyś żeby spytać czemu nie odpisuje na smsy. Odpowiedź brzmiała: "Spalił mi się zasilacz z komórki". Normalna sprawa, czasem się zdarza. Potem dopiero się dowiedziałem, że wraz z zasilaczem spaliła telewizor i pół biurka bo zostawiła świeczkę bez nadzoru...


Jako szczaw, może 5-letni wraz z bratem dowiedziałem się o właściwościach czyszczących płynu "Ludwik". Oczywiście jako uczynne dzieci postanowiliśmy pomóc mamie i posprzątać mieszkanie przy pomocy owego płynu. Pod chwilową nieobecność rodzicieli w ciągu może 10 minut wysmarowaliśmy absolutnie wszystko w kuchni, łącznie z "zapasami" żywności w lodówce... Do dziś pamiętam ten charakterystyczny kolorek...



Majac bardzo dużo, bo 10 lat wziąłem się za smażenie, ale źle nalałem oleju i tenże na patelni zaczął się palić. Bystro myśląc zaniosłem więc płonącą patelnie do mamy, która robiła coś innego w innym pokoju i grzecznie powiedziałem: "Mam problem". Co było dalej nie pamiętam, ale mina mamy podczas mojego dumnego wkraczania do pokoju jest niezapomniana...


Zamieszkując w akademiku kwiat młodzieży polskiej lat 60tych miał genialną w swej prostocie zabawę.
Drzwi do pokojów były po obu stronach długiego korytarza, naprzeciwko siebie i otwierały się - co ważne - do środka. Koledzy za pomocą sznurka związywali klamki 2 pokoi zostawiając lekki luz, następnie pukali do obu i ustawiali się gdzieś w pobliżu. Ofiara otwierała drzwi, ale trafiała na opór, więc zaczynała kombinować wsadzając w szparę głowę ewentualnie rękę. W tym czasie delikwent z pokoju naprzeciwko otwierał swoje drzwi. Otwierając na ogół trafiał na opór a do tego ktoś się zaczynał drzeć na korytarzu więc ciągnął mocniej.


Gdy miałem około 12 lat mój rodziciel ślicznie wyremontował łazienkę. Na trzech ścianach zamontował ogromne lustra na całej długości ścian. Niecały tydzień po remoncie, ja i mój młodszy brat postanowiliśmy się pobawić w wannie plastykowymi statkami. Fajnie było ale po krótkiej zabawie stało się nużące. Aby troszeczkę urozmaicić ową zabawę postanowiliśmy do rufy statku zamontować mała pocieraną petardę (tzw "korsarza" - pierdykło ślicznie. Ale tego nam nie wystarczyło - wygrzebałem z szuflady petardę większego kalibru - też pocieraną. Rzeczoną petardę zdobił napis Achtung! oraz trupia czacha. Stwierdziliśmy, że się nada idealnie i szybko zamontowaliśmy. Odpalamy i pierdut! Gdy po 5 minutach odzyskałem słuch postanowiłem pozbierać szczątki naszego statku. Niestety okazało się że oprócz statku pękły wszystkie trzy lustra - na całej długości. Po całym zdarzeniu nie mogliśmy siedzieć przez tydzień ale już nigdy więcej nie bawiliśmy się petardami w łazience.


W wieku 12 lat miałem bardzo dobrego i spokojnego (czego nie dało się o mnie powiedzieć) kolegę. Pewnego dnia postanowiłem, że pobawimy się w "lot na księżyc". W tym celu ukradliśmy ze śmietnika kosz na śmieci, opróżniliśmy go i zatargaliśmy nad sporą górkę w lesie, która w zimie robiła za lokalne centrum saneczkarstwa ekstremalnego (była dość stroma i porośnięta drzewami). Na miejscu nastąpił podział ról. Wspaniałomyślnie postanowiłem, że mój kolega zagra role kosmonauty a ja będę robił za "Huston mamy problem", czyli naziemną pomoc techniczną. Pamiętam, że musiałem użyć całego swojego daru przekonywania a w późniejszym etapie przygotowań do startu nawet siły fizycznej by przekonać kolegę, że powinien wejść do kubła na śmieci - gość wyjątkowo nie chciał zostać bohaterem podbijającym kosmos. Wreszcie udało mi się go wepchnąć do końca, zamknąć i zadrutować klapę - pozostało już tylko odpalić pojazd kosmiczny czyli zepchnąć kosz (z kosmonautą w środku) z górki.
Tak też zrobiłem.
Niestety - nie zwróciłem uwagi na drobiazg, że kosz nie jest walcem ale raczej czymś na kształt ściętego stożka.
Kosz, to jest statek kosmiczny chciałem powiedzieć, nie stoczył się więc "po prostej" na dół górki tylko powoli zakręcał by finalnie rozbić się o jedno z licznych drzew rosnących na poboczu szlaku saneczkowego.
Plastikowa konstrukcja rozleciała się w drzazgi a kolegę trzeba było reanimować. Na szczęście był tak zakręcony (w dosłownym tego słowa znaczeniu) że nie był w stanie nikomu opowiedzieć co się stało i spotkanie z ojcowskim pasem mnie ominęło.


Mając lat około 6 naoglądałem się filmów z Brucem Lee i innych takich... Chciałem zobaczyć jak to jest, jak oni tak fajnie przed tymi rozbujanymi workami uciekają, stwierdziłem więc, że huśtawka może posłużyć do tego celu. Siostrzyczka się rozbujała, a ja sobie przebiegałem od strony do strony do czasu aż nie zdążyłem i dostałem w główkę. Skutki- lekkie wstrząśnienie mózgu oraz rozcięte ucho - blizna została do dziś.


Godzinę przed wielka wyżerką i balem w szkole wsypaliśmy z kumplem do soków najbardziej ostry środek na przeczyszczenie jaki tylko udało mi się kupić. Półtorej godziny po rozpoczęciu balu na sali nie było prawie nikogo, zaś w kible pękały w szwach. Ludzie srali gdzie popadnie. Jeden ziomek walną w porty i do dziś każdy mówi na niego sraka.


Kiedyś miałem mieć mały sprawdzian wiedzy w szkole, oczywiście jak każdy zacząłem kombinować jak zrobić by go nie było. To była zima, a mróz w mojej miejscowości sięga do -25 stopni. Wpadłem na pomysł zamrożenia wszystkich wejść do budynku, a konkretnie zamków. Wstałem z kumplem dwie godzinki przed otwarciem szkoły. Wzięliśmy ze sobą kilka strzykawek z cienkimi igłami, wiaderko wody i do dzieła. Po 40 minutach wszystko zamarzło, a po 2 godzinach lekcje się nie zaczęły. Cały wolny dzień na kawały.

Miauuuuu! 94