2014-03-19

Podobno autentyczne 6

Na ślubie jednego z moich licznych wujaszków zdarzyło mi się zwędzić i schować obrączki. Był wielki płacz i tragedia, a ja spokojnie siedziałem w pokoju nieświadomy powagi swoich czynów. W końcu ktoś się zreflektował, że to pewnie Januś, no i wujostwo ślub wzięli. Aczkolwiek trzeba było nie brać, rozwiedli się parę lat później.

Wybrałem się z ojcem i kumplem na basen.
Przy jakiejś okazji ukryłem spodnie kolegi i twardo wytrzymałem krzyżowy ogień ojcowskich pytań. Skończyło się tym, że kumpel wracał do domu w mokrych spodenkach, a ja rżałem długo i szczęśliwie. Rodzicom nie przyznałem się do dziś.

Za czasów mojej bytności w USA postanowiłem skorzystać z dobrodziejstw tamtejszych telekomów, które oferowały nieograniczoną ilość połączeń lokalnych w ramach abonamentu. Świetnym dowcipem wydało mi się dzwonienie o różnych porach do domu kumpla, tego od spodni de facto, i śpiewanie różnych głupot. Oczywiście wydawało mi się, że jestem kryminalnym geniuszem, którego głos jest nierozpoznawalny dla jego rodziców. Niestety moje dowcipy zbiegły się w czasie z dziwnymi telefonami do domu kumpla, które nie dawały jego starym spać. Ich pismo telekom potraktował w ten sposób, że napisał do moich starych, że jeszcze jeden taki wyskok z naszego numeru, a pożegnamy się z telefonem. Musiałem przeprosić
, dostałem baty, a starzy kumpla byli dalej wkurzeni, bo telekom stwierdził że wyeliminował przyczyny skargi i innej wersji do wiadomości nie przyjął.

Będąc dziecięciem może pięcioletnim często jeździłem do rodziny pod Warszawę. Tam - zawsze - spotykałem się z moim bratem ciotecznym, wtedy też dzieciakiem jakich mało. Któregoś dnia stwierdziliśmy, że będziemy się ścigać - biegiem, po drodze wysypanej żwirem. On wygrywał, i wygrywał, a ja... Braciak stwierdził, że da mi szansę... Stanęliśmy do wyścigu. Biegnę, pędzę, lecę, a tu nagle jak nie pier**lnę w ten żwir. Okazało się, że braciszek przywiązał mnie - nie wiem jak i kiedy - do bramy wjazdowej na działkę tak circa 10 metrowym sznurkiem. Efekt - ja wpierdol, że dałem się podpuścić na taki numer, on wpierdol, że odwalił taki numer... Teraz może mi gwizdnąć bo i tak wygrywam.

W wakacje majac 15 lat zafascynowaliśmy się z kolegą mieszankami pirotechnicznymi i jak chyba każdy zaczynaliśmy od saletry z cukrem. Potem ja pojechałem na obóz, a kolega został, więc czułem się władny szerzyć wiedzę i robić pokazy. Jako, że lepiej wspomniana mieszanka paliła się gdy się ja wstępnie podgrzało, tak też chciałęm zrobić. Domowym sposobem wyciąłem kawałek puszki po piwie. Robienie tego na zewnątrz, na betonowym placu wydało mi się nudne (i dużo dzieciaków się kreciło) więc przeniosłem się do pokoju mojego (w drewnianym domku to było). Początkowo szło ładnie, ale gdy zbliżała się kontrola wychowawcy, postanowiłem przerwać. Poruszyłem ręka i się zajęło..dokładnie w momencie gdy kadra weszła do pokoju, cała mieszanka zajęła się i utworzyła słup ognia prawie do sufitu. Pomieszczenie wypełniło się dymem, w podłodze powstała dziura o promieniu 20 cm. Mimo, że na oczach kadry, obóz zakończyłem w terminie...

W wieku lat bodajże sześciu wlazłem na drzewo i niczym małpka Fiki-Miki chciałem dać susa z gałęzi na gałąź. Wysoko było - ze dwa i pół metra, a drzewo nad piaskownicą. No to skoczyłem. Złapałem. Ześliznąłem się i zleciałem te dwa i pół metra, lądując grzbietem na betonowym brzegu piaskownicy.
Kumple natychmiast podbiegli i zaczęli pytać czy nic mi nie jest. Odpowiedziałem im dopiero po jakichś piętnastu sekundach - impet zderzenia z ziemią odebrał mi dech.

Byliśmy z rodzicami na wakacjach nad morzem. Pewnego pięknego dnia moja siostra (lat wówczas 12) oznajmiła, że idzie się kąpać do morza. Po jakimś kwadransie rodzice trochę zaniepokoili się ponieważ siostra zniknęła z pola widzenia a miała w zwyczaju wchodzić do rozkosznego zimnego Bałtyku na góra 10 minut więc rozpoczęli wstępne poszukiwania. Niestety nie dały one rezultatu. Zaczęły się gruntowne poszukiwania - cała plaża, camping - nic. Minęły ok. 3 godziny, zrobiło się późno, chłodno i pusto a wędkarzom zaczęły dobrze brać węgorze. Ojciec głośno myślał, że skoro tak dobrze biorą węgorz to mogą "czuć topielca" czym doprowadzał matkę do czarnej rozpaczy i spazmatycznego płaczu. I wtedy we mnie (wówczas lat 7) odezwał się duch wielkiego pocieszyciela i wyrzekłem pamiętne słowa:
- Nie martwcie się, jeszcze ja wam zostałem.
Z niekłamanym zdziwieniem odnotowałem, że rozpacz zamiast się zmniejszać to mocno się zwiększyła i to u obojga.
Na to wszystko nie wiadomo skąd weszła siostra powracając z owocnego (muszeeeelki) spaceru z pytaniem:
- Co się stało?
No cóż. Była wielka radość i (chyba ostatni w jej życiu) wp****ol

Od dziecka miałem smykałkę do ognia) Gdy miałem 5 lat odkryłem fascynujący świat zapałek. Pamiętam jak wróciłem z przedszkola, albo z zerówki... Przeszukałem dom - ale zapałem nie znalazłem. Pod nami mieszkała babcia - powiedziałem jej więc, że coś się stało z moją siostrą - babcia pobiegła do góry, a ja zwinąłem jej zapałki.
Potem gdy babcia już wróciła do siebie rozpocząłem eksperymenty - mieliśmy taki fiński piec - cud techniki w latach 80-tych z piekarnikiem i podgrzewaczem. No i zauważyłem, że jak wrzuciło się tlącą gazetę do podgrzewacza, to ona gasła, a dym prawie wcale nie wylatywał do kuchni i nic nie śmierdziało Wrzuciłem więc sporo tych palących się gazet - chyba trochę za dużo... W tym momencie usłyszałem że wróciła z pracy mama wszystko szybko pozamykałem i uciekłem do swojego pokoju - mama poczuła dym i otworzyła podgrzewacz. Poznałem wtedy (na skórze matki), że jak się doda tlenu do tlących się gazet to one szybciutko się palą.... Nie mogłem siedzieć przez kilka dni...

W wieku około 12, 13 lat widziałam film, w którym jacyś ludzie siedzieli w saunie i było im bardzo przyjemnie. Jak to w saunie bywa, było tam bardzo dużo pary. Postanowiłem, że ja też tak chcę. Poszedłem do łazienki i puściłem gorącą wodę na maksa i usiadłem na podłodze, ponieważ para leci w górę i ciężko się w niej oddycha. Po kilku minutach łazienka była pełna pary. Po płytkach ze ścian spływała skroplona woda. Wyszedłem po jakimś czasie i stwierdziłem, że to faktycznie fajna sprawa ta sauna. Zabawę powtórzyłem kilkukrotnie, do momentu, gdy... poszedłem się kąpać. Najpierw oczywiście sauna, a gdy było już mnóstwo pary, sprawiłem sobie już "normalna" kąpiel. Gdy siedziałem w wannie usłyszałem trzaski. Było je słychać coraz częściej. Okazało się, że fugi między płytkami na ścianach tak nasiąkły, że płytki zaczęły pękać. Jak się później okazało od sauny też odparzyły się płytki od ściany. W pewnym momencie wszystkie płytki zaczęły odpadać ze ściany, pod którą stała wanna. Po chwili siedziałem już w wannie pełnej.... płytek. Od tego momentu wiem, że sauna w łazience to nic dobrego. W dzisiejszych czasach pewnie by się to nie wydarzyło, lepsze i odporniejsze kleje, ale w czasach, gdy płytki przyklejało się na beton stało się to, co się stało. Rodzice jak to zobaczyli to przez tydzień nie mogli wyjść z podziwu.

Człowiek jak jest mały to nie myśli w ogóle. To było ładnych parę lat temu, jak co roku wakacje spędzałam na wsi razem z kuzynkami. To był strasznie pechowy dzień, najpierw urwałyśmy z ogródka piękne słoneczniki. Niestety jeszcze niedojrzałe, potem zacięłam sobie nogę na starej zardzewiałej blasze, generalnie babcie wkurzyłyśmy okropnie. Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Nudziło nam się więc chciałyśmy wystraszyć babcię, kuzynka ją zawołała żeby szybko wróciła do domu bo mi się coś stało. Biedna babcia o mało co zawału nie dostała kiedy wbiegła do domu i zobaczyła, że "wiszę nieprzytomna" na krawacie przywiązanym do framugi. Ale nam się dostało za ten "niewinny żart". Chcieli nas potem wysłać do "specjalisty". Nie dziwię się...

Miauuuuu! 94